|
O walkach 3 Szwoleżerów można między innymi przeczytać
w książce Czesława Liszewskiego "W marszu i w walce"
całość dostępna na naszej stronie czytaj>>.
Poniżej fragment książki dotyczący walk w Kijanach:
"Po południu ogień nieprzyjaciela wzmaga się coraz
bardziej i zbliża się ku nam. Wieża kościoła w Kijanach
płonie cała, bo Niemcy myśląc, że tam znajduje się punkt
obserwacyjny naszej artylerii, skierowali na nią silny
ogień armatni. Od strony Wieprza i Kijan, przez pola,
do Stoczka wciąż wpadają łącznicy i gońcy z meldunkami
do dowództwa Brygady Milewskiego. Dwu gońców, podchorążych
lotnictwa na koniu wygląda operetkowo. Jeden z nich skarży
się przede mną, że pierwszy raz w życiu jedzie konno.
Są podobni do biblijnych męczenników, co to sadzano ich
na srogie bestie i lamparty. Za chwilę znowu goniec, a
ten obok meldunku przywozi przykrą dla nas, kolegów, wieść.

Od kuli nieprzyjacielskiej poległ wachm. pchor. Włodzimierz
Masłowski104, gdy z patrolem po wykonaniu zadania wracał
do swego szwadronu. Otrzymał ranę w głowę, gardło i pierś.
Miał prawdziwą, kawaleryjską śmierć, nagłą i na koniu.
Skończył Szkołę Podchorążych i czekał na awans podporucznikowski,
młody, dzielny i wesoły.

Wczoraj ani przeczuwał, śmiał się i opowiadał kawały.
Pochowano go na cmentarzu w Kijanach, nad brzegiem Wieprza.
Pierwszy to nasz poległy, pochowany w asyście duchownego
i tylko zamiast salwy honorowej grzmiały mu działa zewsząd,
a księdzu, gdy rzucał grudki ziemi, zaciskały się kurczowo
szczęki i drżało kropidło w ręku. I nic dziwnego, bo śmierci
się nie wybierze.

Ogień artylerii wrogiej przeniósł się teraz bliżej wsi,
a niektóre granaty i pociski rozrywają się aż tu. Przychodzi
rozkaz opuszczenia wsi, a gdy wyciągnęliśmy, ogień stał
się tak silny, że siecze jak deszcz. Ciągniemy w stronę
wczorajszego naszego marszu na Stoczek, szwadron pierwszy
znowu w straży przedniej. W budynku małego przystanku
kolejowego odprawa dowódców szwadronów, a później odłączamy
od pułku i już nocą jedziemy do wsi Karczówka w dolinie
nad Wieprzem, naprzeciwko Lubartowa, by ubezpieczyć postój
pułku.

Jest późna noc, przejeżdżając widzę, jak obok wlecze się
taczanka, którą powozi jeniec niemiecki, a na niej przykryty
kocami siedzi Rysio Migurski105. W Karczówce witają nas
psy, a szczekają tak przeraźliwie, że mogą obudzić podejrzenie
u Niemców, których placówki są oddalone tylko o kilkadziesiąt
metrów, po przeciwnej stronie Wieprza. Przed wsią, ze
stogu słomy wyciągnięto wyrostka. Myśleliśmy, że to szpieg
i konfident niemiecki czy inny diabeł. Okazało się jednak,
że to zwykły, pospolity i zidiociały głuptak, jakich wiele
w niektórych naszych wioskach. Psy stopniowo uciszyły
się i przestały szczekać, a co hałaśliwsze sołtys kazał
pozamykać w stajniach i chlewach. Jest tu z nami i rtm.
Konstanty Kozłówski ze szwadronu pionierów, rozkwaterował
się w innej stronie wsi bo przy moście do Lubartowa. My
musimy czuwać, Babacz z plutonem zaciągnął placówkę na
skraju wsi tuż nad rzeką i pod bokiem nieprzyjaciela.
Reszta plutonów zgrupowana w poszczególnych zagrodach
w pogotowiu. Chodzi bowiem o to, by wszystko było gotowe
do natychmiastowego użycia i działania. Migurski zorientował
się gdzie jest i wrócił do swego szwadronu. Gorzej, że
nie mam nic do palenia, a koledzy także biedni. Ludność
w przewidywaniu ostrzeliwania wsi i walki wywozi i ukrywa
swoje zapasy. Na moją kwaterę przyszła młoda pani z mężem,
uciekinierka z Warszawy, siostra miejscowej nauczycielki.
Smutna i przygnębiona, narzeka, siostry nie zastała, trudno
coś zdobyć do jedzenia. Mąż stara się ją uspokoić, ale
niewiele to pomaga.
- Co mam robić, panie poruczniku, niech nam pan coś poradzi,
tu będzie bitwa. Co robić? pyta wśród łez.
Jaką dać radę tym państwu, skoro sam niczego nie wiem
i jestem tak umęczony.
- Najlepiej, skoro tylko usłyszycie państwo pierwsze pociski
skierowane na wieś, pakujcie co macie pod ręką i umykajcie
w lasy. Innej rady nie ma.
Przepraszam ich i kładziemy się z Lewandowskim na słomę
w kącie chałupy pod piecem i tak leżąc w ubraniu czekamy,
a jest już czwarta rano."
|