|
Rycerz Somosierry i wagramskich bojów, Smoleńska,
Jarosławca, nadelbiańskich znojów, nieodstępny towarzysz
Przetwórcy Europy... czyli Jan Kozietulski, jeden z najsłynniejszych
polskich napoleonidów, nie miał wielkiego szczęścia do
historyków, a imię jego sławili przede wszystkim poeci
i pisarze. Im właśnie zawdzięcza największy rozgłos, a
tymczasem nawet data jego urodzenia budzi kontrowersje...

Jan Kozietulski
(Rys. Dzierkowski)
Podczas gdy większość źródeł wskazuje, że Kozietulski
urodził się w roku 1781, to zapis w księdze chrztów poczyniony
przez kaznodzieję starszego mansjonarzy przy kościele
skierniewickim Adama Cedrowicza brzmi: R. 1778. Skierniewice.
4 lipca. [...] ochrzciłem niemowlę z wody syna Wielmożnego
i Urodzonego Pana Antoniego Kozietulskiego, starosty będzińskiego
i Marianny Grotowskiej legalnych małżonków, któremu nadane
są 4 imiona: Jan Nepomucen, Antoni, Leon, Kajetan.
Zapis ów zdaje się ostatecznie ustalać datę narodzin sławnego
szwoleżera na rok 1778, tym bardziej, że według aktu zgonu
wystawionego w Warszawie w 1821 r., zmarł mając lat 43.
Dzieciństwo spędził Jan na dworze spokrewnionego z rodziną
Kozietulskich arcybiskupa Antoniego Kazimierza Ostrowskiego
w Skierniewicach. Zapis w testamencie poczyniony przez
zamożnego krewniaka znacząco poprawił sytuację finansową
niezbyt zamożnych Kozietulskich, którzy po jego śmierci
przenieśli się do dóbr kompińskich pod Łowiczem. Młody
Jan nauki początkowo pobierał w domu, a następnie wstąpił
do Szkoły Rycerskiej. Po jej ukończeniu stał się częstym
gościem w dobrach rodziny Walickich w Małej Wsi pod Belskiem,
a to za sprawą swej młodszej siostry Klementyny, która
wyszła za starostę mszczonowskiego i wojewodzica rawskiego
Józefa Walickiego. To właśnie młodsza siostra wprowadziła
go w "towarzystwo" i - pomimo sławy, którą sam
zyskał - nawet wiele lat później w kręgach towarzyskich
stolicy będzie się o nim mówiło jako o "bracie Walickiej".
Młody absolwent Szkoły Rycerskiej, jako ulubieniec Czartoryskich,
miał znakomite widoki na karierę w wojsku, ale po trzecim
rozbiorze stał się poddanym Fryderyka Wilhelma III i siłą
rzeczy wojsko musiało zaczekać. Chciwy zasług wojennych
umysł młodzieńca rwał się ku legionom zbierającym się
we Włoszech... ale zapędy te powstrzymał ojciec i
tak Jan spędzał czas na bankietach i pijatykach, będąc
typowym przedstawicielem ówczesnej złotej młodzieży z
kręgu Walickich, Łubieńskich, czy Krasińskich. Kontakty
owe zaowocowały wstąpieniem Kozietulskiego do Towarzystwa
Przyjaciół Ojczyzny, któremu prezesował Wincenty Krasiński.
Po pełnym dynamiki okresie organizacyjnym - pisał
Marian Brandys - Towarzystwo Przyjaciół Ojczyzny zawiodło
patriotyczne nadzieje Kozietulskiego [...]. Wkrótce cała
impreza przekształciła się w zwykłą koterię towarzysko-rozrywkową,
której jedynym programem politycznym stała się rywalizacja
ze znienawidzoną przez Krasińskiego Blachą. Dopiero
późną jesienią 1806 r. Przyjaciele Ojczyzny, a wraz z
nimi Kozietulski, dostali szansę na wykazanie się rzeczywistym
patriotyzmem. Wówczas to, na wezwanie Dąbrowskiego i Wybickiego,
wyruszyli jako Gwardia Honorowa naprzeciw Napoleona z
Warszawy do Poznania aby ...mu drogę zabiegli na granicach
ziemi naszej, witali jak zbawcę i o przywrócenie narodu
prosili... Zamysły owe wówczas się nie powiodły, uprzedziła
ich bowiem poznańska gwardia Jana Nepomucena Umińskiego.
Jedynym pożytkiem z tej eskapady było to, że Dąbrowski
wcielił przybyłą do Poznania warszawską młodzież do wojska
polskiego, a Krasiński wyjednał sobie przywilej tworzenia
w stolicy Gwardii Honorowej. Patenty na jej podkomendantów
uzyskali Kozietulski i Tomasz Łubieński. Dopiero po przybyciu
Napoleona do Warszawy tutejsza młodzież mogła wykazać
się jako eskorta cesarza w jego codziennych przejażdżkach
po stolicy. Od tej też pory Kozietulski stale przebywał
przy osobie cesarza, towarzysząc mu również, gdy ten ruszył
na linie frontu, by przyglądać się walkom zwieńczonym
bitwami pod Gołyminem i Pułtuskiem. Wówczas to, pod Nasielskiem,
Kozietulski miał okazję po raz pierwszy odznaczyć się
w walce. Jego m.in. miał na myśli reporter Gazety Warszawskiej
pisząc: Kilkunastu z Gwardii Honorowej towarzyszy wszędzie
cesarzowi, przykład ich zachęci zapewne pozostałych w
stolicy.
Po powrocie cesarza do Warszawy Kozietulski nadal mu
towarzyszył. W tym okresie pisał do matki: ...Pan Tomasz
Łubieński i ja pełnimy stale służbę przy Cesarzu... Poza
moimi zajęciami bawię się tak dobrze, jak tylko można...
Zjechało tu mnóstwo znakomitych gości i życie mamy bardzo
urozmaicone...
Kilka tygodni później miał Kozietulski możliwość ponownie
wziąć udział w walkach pod Pruską Iławą, prosił nawet,
aby wolno mu było ruszyć w awangardzie, ale... cesarz
mu tego wzbronił, mówiąc, że nie na to ich ma przy sobie,
ażeby zginęli.
W następnych tygodniach 1807 r. widzimy Kozietulskiego
w Ostródzie, gdzie przygotowuje kwaterę dla cesarza, z
listami cesarskimi w Warszawie, a następnie znów przy
osobie Napoleona w Finckenstein. Tutaj właśnie, 6 kwietnia
1807 r., Napoleon podpisał dekret o utworzeniu Pułku Lekkokonnego
Polskiego Gwardii Cesarskiej, a następnego dnia Jan Kozietulski
odebrał nominację na szefa szwadronu tegoż pułku. Wkrótce
potem jako świeżo upieczony oficer szwoleżerów wyjechał
do stolicy, by zająć się organizacją pułku. Szwoleżerowie
nie zdążyli wziąć udziału w kampanii letniej 1807 r. i
dopiero we wrześniu Kozietulski wyprowadził swój oddział
z Warszawy i podążył z nim do Chantilly, a następnie do
Bajonny, miasta położonego przy granicy hiszpańskiej.
W połowie lutego 1808 r., już jako część gwardii przybocznej
marszałka Joachima Murata, szwadron Kozietulskiego przekroczył
granicę hiszpańską i ruszył do Madrytu. Był więc Kozietulski
świadkiem słynnych wydarzeń Dos de Mayo, ale ani on, ani
polscy szwoleżerowie udziału w walkach nie wzięli. Zapewniło
to Polakom sympatię Hiszpanów w kolejnych tygodniach,
gdy zajmowali się patrolowaniem ulic Madrytu. Ta sympatya
po dniu 2 maja - wspominał Wincenty Mikułowski - przeszła
w romansowe uczucia, bo ponieważ strzelcy konni gwardyi
i Mameluki, przerzynając się przez miasto ku Muratowi
i naszym koszarom, musieli gdzieniegdzie użyć oręża, a
my nie dobyliśmy go nigdzie, urosła opinia, jakobyśmy
wyprosili się od działania przeciwko ludowi.

Jan Kozietulski
W połowie lipca 1808 r., wraz ze zmieniającą się sytuacją
polityczną w Hiszpanii, polscy lekkokonni opuścili Madryt,
by dołączyć do korpusu marszałka Bessieresa. Już w drodze
Kozietulski zapadł na żółtaczkę i musiał wrócić do hiszpańskiej
stolicy. Pozostawał poza służbą przez następne siedem
tygodni i powrócił do niej dopiero we wrześniu. Tymczasem
nowy król Hiszpanii Józef Bonaparte musiał ewakuować się
z Madrytu i ciężko chory Kozietulski, chcąc nie chcąc,
ruszył za pułkiem. W chorobie opiekował się nim Ludwik
Pac, dawny przyjaciel z czasów warszawskich. Mam dużo
wdzięczności dla JW Paca - pisał z okolic Burgos do
matki - z którym mieszkam, on jeszcze opiekuje się
mną jak swoim własnym bratem. W czasie gdy Kozietulski
powoli wracał do zdrowia, pułk szwoleżerów, jako tylna
straż króla Józefa, wycofywał się za Ebro. Początkiem
listopada przybył do Hiszpanii Napoleon. Rozpoczęła się
ofensywa, które ponownie miała doprowadzić do Madrytu.
W drodze Cesarz Napoleon tak polował szwoleżerami jak
chartami... - wspominał Kazimierz Szpotański - Nie
mieliśmy spoczynku i do tego przyzwyczailiśmy się, żołnierz
jadł, nie jadł, pił, nie pił, dlatego się dobrze bił.
Dusza i ciało zahartowały się, uciekać było hańbą, gonić
i bić uciechą... Tak polscy lekkokonni dotarli pod
Somosierrę. W dzień najsłynniejszej swej bitwy, jak wspominał
Józef Załuski:
Trzeci szwadron [...] był rano dnia 30 listopada [...]
wykomenderowany przez adiutanta-majora Duvivier na służbę
do cesarza, a ponieważ szef szwadronu trzeciego, Ignacy
Stokowski, nie był jeszcze z Francyi nadjechał do pułku
[...] więc Duvivier naznaczył z kolei Kozietulskiego,
ażeby z trzecim szwadronem odjechał na służbę do cesarza...
W momencie gdy generał Montbrun przywiózł rozkaz cesarza
do szarży na hiszpańskie armaty Kozietulski wyprowadził
szwadron na drogę, a ponaglony jeszcze przez cesarskiego
adiutanta, majora de Segur, sformował kolumnę po czterech
i ruszył ze szwoleżerami w górę wprost na nieprzyjacielskie
baterie. Gdy szwadron dosięgła pierwsza salwa i szybko
trzeba było przywrócić porządek, zakrzyknął: Naprzód,
psiekrwie! Cesarz patrzy! Szwoleżerowie usłuchali i ruszyli
dalej w gardziel gościńca.
Kilka chwil później Kozietulski wracał pieszo podpierając
się pałaszem i - jak wspominał Ambroży Skarżyński - Cesarz
zapytał się: I cóż pułkowniku, co tam nowego? Na to
odpowiedział mu Kozietulski: Nic nie wiem; koń mój
zabity. Według samego Kozietulskiego dialog z Napoleonem
był nieco dłuższy. Miał mu rzec: Wzięliśmy dwie armaty.
Uciekają Hiszpanie do drugich, lecz koń mój zabity i większą
część ludzi moich straciłem, przymuszony byłem powracać.
[...] Pobiegłem szukać drugiego konia.

Kliknij
aby powiększyć
Henryk Pilatti, Kozietulski w wąwozie Somosierra,
Olej, płótno, 41 x 51 cm
Praca pochodzi ze zbiorów rodziny Łubieńskich;
według napisu na odwrocie należał do Franciszka hr. Łubieńskiego
(ur.1834), właściciela majątku w Kazimierzy Wielkiej w
dawnym powiecie pińczowskim. Był on wnukiem Franciszka
Łubieńskiego kapitana szwoleżerów gwardii napoleońskiej
i stryjecznym wnukiem Tomasza Łubieńskiego, dowódcy 1.
szwadronu pułku szwoleżerów gwardii, uczestników bitwy
o przełęcz Somosierra.
Obecnie obraz znajduje się w zbiorach Muzeum Romantyzmu
w Opinogórze.
Źródło: www.muzeumromantyzmu.pl

Kliknij
aby powiększyć
January Suchodolski
Zdobywanie pierwszej baterii. Scena przedstawia upadek
szefa szwadronu Kozietulskiego.
W rzeczywistości nasz bohater miał wyjątkowego pecha.
Po zdobyciu dwóch pierwszych armat poczuł, że raniono
mu konia, później dobity kulą karabinową rumak przywalił
mu nogę. Oszołomiony i kontuzjowany Kozietulski, chcąc
nie chcąc, musiał wracać na dół, gdzie natknął się na
cesarza ze sztabem. Pomimo tak szybko zakończonej szarży
koledzy nie odbierali mu zasług. Jeszcze w dniu bitwy
Łubieński zapisał: Kozietulski okrył się sławą. Grosmajor
szwoleżerów Pierre Dautancourt: Szef szwadronu Kozietulski
był okryty kontuzjami. Uczestnik szarży porucznik
Benedykt Zielonka: Szef szwadronu Kozietulski w wyniku
mocnej kontuzji był niezdolny do walki, jego koń zabity
na miejscu. Sam Kozietulski był bardziej powściągliwy
pisząc ...kontuzja moja w nogę była bardzo lekka. Miał
jednak i powody do zmartwienia. Jego zasługi pominięto
w 13. biuletynie Armii Hiszpanii, toczył też spory o przebieg
szarży z pierwszym grosmajorem szwoleżerów Karolem Delaitre'em,
twardo broniącym racji francuskich. Działo się to już
kilkanaście dni po zdobyciu Madrytu, gdy wspólnie z Łubieńskim
"dawali obiad" dla oficerów pułku we wsi Caramanchel,
gdzie szwoleżerowie stali na kwaterze. Kontuzjowany Kozietulski
przebywał tam znacznie dłużej niż reszta pułku, bo już
w Buytrago został komendantem transportu rannych, których
poprowadził do podmadryckiej wioski. Spór z Delaitre'em
okazał się poważniejszy niż początkowo to wyglądało. Łubieński
w liście do żony pisał z wyraźną obawą o przyjaciela:
Kozietulski, zawsze młody i lekkomyślny, jak tylko
się trochę napije, nie umie panować nad sobą. Delaitre
znieść go nie może. Kozietulski się na niego gniewa, stąd
ciągłe niesnaski. Obawiam się, żeby to nie ściągnęło jakichś
nieprzyjemności na głowę Kozietulskiego.
Jeszcze przed Bożym Narodzeniem 1808 r. pułk szwoleżerów
ruszył z Madrytu przez Guadarramę w pościgu za angielskim
korpusem generała Moore'a. Kozietulski z oddziałem rannych
pozostał jednak w Madrycie i dołączył do pułku dopiero
po Nowym Roku w Medino de Rio Seco. Kilka dni później
polscy lekkokonni ruszyli w kierunku granicy francuskiej.
Tak kończyła się dla Kozietulskiego hiszpańska eskapada,
podczas której okrył się chwałą i dostał Legię Honorową,
którą odebrał jednak dopiero wiosną 1809 r., gdy pułk
jego zmierzał do Niemiec.

Kliknij
aby powiększyć
Dokument nadadnia Krzyża Kawalerskiego Legii Honorowej
Kozietulskiemu z 10 marca 1809 r.
Przez całą drogę powrotną z Hiszpanii Kozietulski wciąż
sprawował komendę nad transportem rannych i chorych. Musiał
jednak tęsknić za normalną służbą, bo gdy początkiem kwietnia
1809 r. dowlókł się wreszcie do Chantilly, natychmiast
wyprosił u Dautancourta jak najszybsze odesłanie do Niemiec.
Ponownie, tym razem już na czele szwadronu bojowego, ruszył
w pogoń za swym pułkiem. Nie zdążył na batalię pod Aspern
i Essling. Dopiero 20 maja 1809 r. z Sankt Veit w liście
do siostry mógł napisać: Oto jestem znów razem z pułkiem
i cieszę się z tego niezmiernie, bo to stałe odłączenie
doprowadzało mnie do rozpaczy.
W Sankt Veit szwoleżerowie nudzili się okrutnie i dopiero
gdy wysłano ich do Styrii, a następnie na Węgry, mogli
się wykazać w służbie patrolowej i ciągłych utarczkach
z nieprzyjacielem. Po kilku tygodniach wezwano ich ponownie
pod Wiedeń i - jak wspomina Załuski - Przybywszy wreszcie
na wyspę Lobau, zastanawialiśmy się w bliskości namiotu
cesarza i zabrali się do noclegu... Następnego dnia
rozpoczęła się słynna bitwa pod Wagram. Polscy lekkokonni
weszli do boju dopiero drugiego dnia batalii. Uderzyli
w ogromnej kolumnie kawalerii... Skutek tego kolosalnego
natarcia był ten - pisał Załuski - żeśmy odparli księcia
Lichtensteina, który śmiałym i potężnym ruchem na lewe
skrzydło nasze co tylko że nie odciął nas od naszych mostów
na Dunaju.
Z kolei Dezydery Chłapowski opisał starcie szwoleżerów,
z Kozietulskim w roli głównej, ze złożonym z Polaków 2.
pułkiem ułanów księcia Schwarzenberga:
Przy tej szarży zdarzył się wypadek, który mógł pułk
o klęskę przyprawić, gdyby nie przytomność Kozietulskiego.
Dwa pierwsze szwadrony komenderował gros-major Delaitre,
Francuz, drugie dwa szef szwadronu Kozietulski. Delaitre
miał wzrok krótki, nosił okulary. Widząc austryackich
ułanów gotujących się do ataku i przeceniając ich siłę,
chciał się zbliżyć do szaserów, którzy byli w tyle i zakomenderował:
Demi tour â droite, jako starszy dla całego pułku. Spostrzegł
niebezpieczeństwo Kozietulski, iż Austryacy wpadną na
nich z tyłu, dał więc natychmiast tę samą komendę, a miał
śliczny i donośny głos i ogromne zaufanie pułku. Tak nasze
szwoleżery, zrobiwszy dwa razy zwrot, znaleźli się znów
frontem do nieprzyjaciela, zrównali się i w tej chwili
Kozietulski: Do ataku broń! i marsz, marsz! zakomenderował.
Szarsza się powiodła. Delaitre szlachetnie Kozietulskiemu
podziękował.
Pardonu nie dawano i później Stanisław Hempel wspominał:
...panowie hułany popamiętają ten dzień, bo podobno
jeszcze nigdy tak w skurę nie wzieli jak od nas.
Bitwę pod Wagram pułk okupił ogromnymi stratami w zabitych
i rannych. Wśród rannych był też Kozietulski. Kilka dni
po bitwie pisał do matki:
Co do mnie, miałem dużo szczęścia. Dostałem kilka
ciosów szablą w czako, co mi sprawiło więcej bólu niż
głęboka rana, bo całe lewe oko i część twarzy są niebieskie,
ale to bagatela, niepokoi mnie kontuzja od dużego pocisku,
którą dostałem w lewe ucho, bo czuję ciągle duży ból i
nic a nic nie słyszę.
Kolejne tygodnie po bitwie szwoleżerowie spędzili rozkwaterowani
w pobliżu Wiednia, a Kozietulski znów znalazł się poza
służbą i leczył rany. Dzięki temu udało mu się uniknąć
kompromitacji podczas niechlubnej rewii polskich lekkokonnych
w Schoenbrunn. Podczas gdy gromy pod adresem polskich
szwoleżerów, sypały się z ust Napoleona, jak wspomina
niezawodny Załuski: Kozietulski [...] i insi ranni
oficerowie widząc, że się zanosi na burzę... gdzieś pochowali
się i znikli. Szwoleżerowie musieli więc zaczekać
na splendory za chlubny występ pod Wagram, a ich zachowanie
podczas rewii cesarz skwitował słowami: Ci ludzie tylko
się bić umieją.
Napoleon, a wraz z nim polscy lekkokonni pozostali w
Austrii aż do jesieni. Dopiero po zawarciu pokoju w Schoenbrunn
w październiku 1809 r. ruszyli do Francji. Kozietulski,
pomimo że liczył na urlop i wyjazd do rodziny towarzyszył
cesarzowi w drodze do Paryża. Upragniony urlop otrzymał
dopiero pod koniec roku i w związku z tym karnawał a.
d. 1810 mógł spędzić z rodziną i na warszawskich salonach.
Była to zapewne miła odskocznia, bo w tym samym czasie
znaczna cześć pułku szwoleżerów pod wodzą Delaitre'a wróciła
do służby w Hiszpanii. Do kraju wracał Kozietulski z dwoma
orderami Legii Honorowej (za Somosierrę i Wagram), z nominacją
do Virtuti Militari i nadzieją na tytuł barona Cesarstwa
oraz związaną z tym donację, o czym poufnie poinformował
go dowódca pułku Wincenty Krasiński.
Bohater spod Somosierry i Wagram musiał wzbudzić w warszawskich
salonach spore zainteresowanie; także wśród panien na
wydaniu. O romansach Kozietulskiego z tego okresu wspomina
Anna Nakwaska: Otóż Emma [Potocka] tak się uczepiła
tego chłopca, że się w niej szalenie rozkochał i jest
w rozpaczy, że musi niedługo wyjechać. Z romansu jednak
nic nie wyszło. Panna E..., jak nazywał ją w listach ów
"chłopiec, wyszła w końcu za majora Piotra Strzyżewskiego.
Końcem marca 1810 r. urlop się skończył i Kozietulski
musiał wracać do pułku. Kolejne miesiące po powrocie do
służby upływały mu na monotonnej służbie garnizonowej,
przerywanej od czasu do czasu wyjazdem w eskorcie cesarza,
który wraz z nową małżonką wizytował swe europejskie imperium.
Wraz z nastaniem 1811 r. spłynęły na Kozietulskiego nowe
splendory i nowe nieszczęścia. Nareszcie dotarł do niego
krzyż kawalerski Virtuti Militari, na który czekał niecierpliwie
od wielu miesięcy, a niedługo później, otrzymał dyplom
barona Cesarstwa Francuskiego. W tym samym mniej więcej
czasie spadła na niego rodzinna tragedia. Umarło dwoje
jego ukochanych siostrzeńców - Marynia i Antoś.

Kliknij
aby powiększyć
Dyplom nadania przez cesarza Napoleona I tytułu barona
Cesarstwa Francuskiego płk. Janowi Kozietulskiemu z 26
IV 1811 roku
Źródło: www.dziedzictwo.polska.pl
Jako świeżo upieczony baron posiadał znacznie większe
dochody, mógł więc sobie pozwolić na wystawniejsze życie
i częstsze wizyty w Paryżu. Spotkał się tam z księciem
Józefem Poniatowskim, który wizytował w 1811 r. stolicę
cesarstwa. W dniu urodzin cesarza Kozietulski osobiście
składał życzenia Napoleonowi. Jesienią ze swym szwadronem
towarzyszył cesarzowi w Holandii. I tak, niemal sielankowo,
upłynął mu kolejny rok służby w pułku szwoleżerów-lansjerów,
bo już wówczas polscy lekkokonni wyposażeni byli w lance.
Zimę z 1811 na 1812 - wspominał Chłapowski - bardzo
wesoło przepędziliśmy w Paryżu. Zdaje się, że cesarz po
powrocie z Holandyi chciał daleko młodszą od siebie małżonkę
bawić i dlatego dzień w dzień bywały bale. Zbytki owe
zakończyły się w lutym 1812, gdy pułk polskich lekkokonnych
opuścił Chantilly i ruszył na wschód na zapowiadającą
się od dłuższego czasu wojnę z Rosją. Gdy w maju pułk
przekroczył granicę Księstwa Warszawskiego Kazimierz Szpotański
zanotował ciekawą anegdotę: Płakaliśmy jak małe dzieci,
a mieliśmy w pułku grosmajora Francuza Detankur, który
mało co rozumiejąc także płakał. Pytał go się Krasiński:
- Czego płaczesz, pułkowniku? - No jakże! Wy płaczecie,
a ja was kocham i dlatego płaczę. Wzruszenie było
nieprzypadkowe. Wkrótce pułk miał wyruszyć na "drugą
wojnę polską".
Kilka tygodni później, po przeprawie przez rzekę Wilię
w pobliżu jej ujścia do Niemna, pułk szwoleżerów, wciąż
przy osobie Napoleona, ruszył w kierunku Wilna. Rozpoczynała
się kampania 1812 r.
Całą drogę do Wilna Kozietulski prowadził awangardę pułku.
W mieście pozostawał aż do 12 lipca, by wyruszyć stąd
przygotowywać kolejną kwaterę dla cesarza. Tydzień później
pisał do siostry: Otóż jesteśmy dziś w Głębokiem. JCMość
także wczoraj tu przybył. Rosjanie ciągle się cofają,
mamy tylko trudności męcząc się ich ściganiem i wyniszczając
nasze konie, nie znajdując żadnej okazji do odznaczenia
się. Oprócz utyskiwań na niewdzięczną wojnę, w tym
samym liście wspomina o swym spodziewanym awansie i z
niekłamaną satysfakcją notuje: Sprawia mi przyjemność,
że [cesarz] umie już wymawiać moje nazwisko.
Niespełna miesiąc później, w jednym z kolejnych listów
pisał: Prowadzimy życie prawdziwie koczownicze. [...]
Śpimy pod gołym niebem. [...] Często budzi nas deszcz
[...] zdarza się często, że porzucamy nasz posiłek na
wpół ugotowany, żeby wyjechać. Nasz zwykły napój to błotnista
woda, której nawet czasem nam brakuje; z dodatkiem octu
albo kiepskiej wódki [...] Ale obecność Cesarza i dobra
sprawa, za którą się bijemy, każe nam o wszystkim zapomnieć.
I tak przez całą drogę do Witebska, a dalej do Smoleńska.
Pułk polskich lekkokonnych, wchodzący w skład gwardii
cesarskiej, z rzadka tylko uczestniczył w utarczkach z
kozakami. Pechowy Kozietulski został jednak ranny podczas
rekonesansu w okolicach Smoleńska. Kozacka kula trafiła
go w głowę, co uniemożliwiło mu udział w obchodzonych
hucznie urodzinach cesarza. Rana okazała się lekka. Kilka
dni później Kozietulski pisał do siostry: ...zostałem
lekko ranny - kula drasnęła mnie w okolicy lewej brwi.
Spadłem jednak z konia i zemdlałem, więc w pierwszej chwili
uznano mnie za zabitego.
W wielkiej rzezi pod Możajskiem, pułk szwoleżerów stanowiący
wraz z resztą gwardii strategiczną rezerwę, nie został
użyty w walce. Chłapowski charakterystycznie opisał dzień
owej wielkiej batalii: Myśmy stali cały czas w nizinie
i tylko dym na całej linii od ognia działowego widzieliśmy.
Tydzień po bitwie pod Możajskiem Kozietulski na czele
szwadronu bojowego wkroczył u boku cesarza do Moskwy.
Stąd wysłał kolejny list do Klementyny Walickiej, w którym
pisał: Mam się dobrze, rana się wygoiła i już mi nie
dokucza. Zadowolenie z pobytu w stolicy nieprzyjaciela
każe mi zapomnieć o wszystkich cierpieniach. Słowa
kierowane do siostry miały zabrzmieć uspokajająco, tymczasem
w Moskwie szalały pożary wywołane przez Rosjan wycofujących
się ze swej stolicy. Szwadron Kozietulskiego miał wówczas
okazję wyprowadzić Napoleona z płonącego Kremla. Sześciu
szwoleżerów - zanotował Wincenty Krasiński - otoczyło
Cesarza, aby go osłonić od ognia, który był tak silny,
że popalił wszystkie czapraki na koniach.
Po ustaniu pożarów cesarz starał się doprowadzić do zawarcia
pokoju z carem Aleksandrem, a szwoleżerowie się nudzili:
Staliśmy w Moskwie niedziel sześć - wspomina Wincenty
Płaczkowski - jesień była pogodna i ciepła, jeszcze
po ogrodach był wszelki dostatek, bo nic nie wykopano;
żyliśmy wygodnie i na niczem nam nie zbywało.
Po miesiącu bezowocnych rokowań pokojowych Napoleon zarządził
odwrót. 19 października Wielka Armia rozpoczęła wymarsz
z Moskwy i skierowała się na Małojarosławiec, gdzie doszło
do dwudniowej bitwy z wojskami Kutuzowa. I znów polscy
lekkokonni dostali szansę, aby się wykazać. Podążający
na pole bitwy Napoleon w pobliżu wioski Horodnia został
ogarnięty przez kozaków atamana Płatowa... ale oddajmy
tu głos Załuskiemu:
Cesarz, przenocowawszy w wiosce zwanej Gorodnia, dnia
25 października siadł na koń jak najraniej, chcąc rozpoznać
pozycyą Rosyan... tymczasem było w całej okolicy słychać
z daleka pisk napadających Kozaków i krzyk uciekających
przed nimi powózek i różnego motłochu. Joachim Hempel,
porucznik prowadzący szpicę, jednego naszego, drugiego
szaserów gwardyi plutonów, widząc, że tłum Kozaków napada
prosto na cesarza, korzysta z ciemności i naciera na nich
bez wahania, pluton szaserów naśladuje go i tym sposobem
Kozacy nie wiedząc, jaka to masa na nich się rzuca, zatrzymują
się i dają czas cesarzowi i jego sztabowi cofnienia się
cokolwiek... Ale Kozacy zobaczywszy, że z małą liczbą
mieli do czynienia, rzucili się na nowo i rozpoczęła się
utarczka z orszakiem cesarza, w którym kilku oficerów
sztabu, a między innymi jenerał Rapp, wzięli udział, aż
nadciągnęły szwadrony służbowe, na ich czele Kozietulski
z naszym, i odpędziły Kozaków; wtenczas to w obronie,
iż tak powiem, samego Napoleona, Kozietulski został znacznie
ranny piką, za co go mianował cesarz majorem naszego pułku.
Znów więc, jak wcześniej pod Wagram Kozietulski wystąpił
w roli głównej pośród szwoleżerów. Tym razem własną piersią
zasłonił samego cesarza. Wspomniany przez Załuskiego awans
znacznie odsunął się w czasie. Dautancourt zanotował w
dzienniku pułkowym: Cesarz spotkawszy w chwilę później
Kozietulskiego, którego prowadzili szwoleżerowie, mianował
go majorem. Wydarzenia późniejsze uniemożliwiły przesłanie
tej nominacji i odpowiedni dekret został wydany dopiero
30 maja 1813 r.
Tym razem rana okazała się ciężka. Kozacka pika przebiła
ramię docierając aż do piersi i poszkodowany trafił na
dłuższy czas pod opiekę młodszego chirurga pułkowego Wawrzyńca
Gadowskiego. Zapewne cały heroiczny odwrót Wielkiej Armii
z Rosji obserwował wraz z innymi rannymi z perspektywy
taborów. Trudno stwierdzić w jakich warunkach podróżował
wśród rannych Kozietulski. Kolejny raz spotykamy go bowiem
dopiero w Smoleńsku w izbie zajmowanej przez dowódcę pułku
generała Wincentego Krasińskiego, co opisał kuzyn Wicusia,
Józef Krasiński: Zastałem w jednej izbie jenerała i
mnóstwo oficerów, rozłożonych wygodnie na słomie; między
nimi znajomych moich; Kozietulskiego, T. Łubieńskiego,
Zembrzuskiego, bardzo chorego (zaraz na pierwszym etapie
umarł), Józefa Załuskiego...
Rodacy przyjęli mnie po bratersku, udzielili mi wprawdzie
trochę tylko pożywienia, bo go sami niewiele mieli, ale
wina pić mogłem, ile chciałem, gdyż cała beczka Bordeaux
stała na środku izby i kto chciał, szedł do niej ze szklanką
jak do zdroju...
Ze Smoleńska ranny Kozietulski podróżował kibitką z chirurgiem
Gadowskim i dwoma szwoleżerami. Zapewne nie miał zbyt
wiele okazji na kontakty z kolegami z pułku, bo raz tylko,
już po przejściu Berezyny, Dautancourt odnotował w dzienniku
pułkowym spotkanie ze swym szefem szwadronu. Mróz i
przenikliwy wicher północny był tego dnia dotkliwszy niż
zwykle... A był to dzień 5 grudnia, pamiętny dla szczątków
Wielkiej Armii, ze względu na odjazd cesarza do Paryża.
Odtąd szwoleżerowie miast eskortować cesarza, eskortowali
tylko jego skarbiec wart ponoć 30 mln franków w złocie
i króla neapolitańskiego Murata.
Tymczasem Kozietulski dowlókł się swoją kibitką do Wilna
i stąd, wraz z Dominikiem Radziwiłłem, chirurgiem Gadowskim
i trzydziestu kilku spieszonymi szwoleżerami, został bezpośrednio
odesłany do Warszawy, gdzie w zakładzie pułkowym miał
formować nowe zaciągi.
Straty pułku w katastrofie rosyjskiej były ogromne i
wynosiły niemal połowę stanu. Pułk zaczął się rozsypywać
jednak dopiero po odjeździe cesarza i minięciu Wilna,
gdzie z szeregów szwoleżerów ubyło aż 280 ludzi.
Po zajęciu Księstwa Warszawskiego przez wojska rosyjskie
resztki pułku szwoleżerów otrzymały rozkaz wycofania się
do Prus. Tymczasem Kozietulski - pisał Dautancourt
- jest nadal w Warszawie, ale niewyleczony jeszcze
z ran nie może prowadzić rekrutacji. Mimo niezaleczonej
jeszcze rany Kozietulski robił co mógł w koszarach Mirowskich,
by zwerbować do pułku nowych ochotników. Udało mu się
zebrać kilkudziesięciu, szeregi uzupełnił ponadto ocalały
z bitwy słonimskiej szwadron z 3. pułku szwoleżerów, który
przyprowadził do Warszawy Ambroży Skarżyński.
Wojsko polskie pod wodzą księcia Józefa wyszło z Warszawy
5 lutego 1813 r. i po dwóch tygodniach stanęło w Krakowie.
Przyprowadził tu swoich szwoleżerów również Kozietulski
i w wyniku dalszego naboru zdołał utworzyć dwa szwadrony
bojowe, których szefami zostali Stanisław Rostworowski
i Skarżyński. W tym samym czasie macierzysty ich pułk
podążał z Torgau do Grimmy. Kiedy trzy miesiące później
książę Józef wraz z wojskiem opuszczał Kraków, by połączyć
się z Napoleonem, ruszył też Kozietulski ze szwoleżerami,
by wreszcie dołączyć do gwardii cesarskiej. W pochodzie
docierały do niego doniesienia o zwycięstwach francuskich
wojsk w Saksonii i wyczynach lekkokonnych pod Reichenbach.
Możliwe, że był już z macierzystym pułkiem, gdy 4 czerwca
1813 r. zawierano rozejm w Pleischwitz. W tym czasie wreszcie
został oficjalnie mianowany majorem za poświadczeniem
generała Caulaincourta, który w odręcznym piśmie stwierdzał,
że: pan Jan Leon Hipolit Kozietulski... mianowany został
pułkownikiem-majorem przez Cesarza na polu bitwy pod Małym
Jarosławcem 28 października 1812 r. i że był w tej bitwie
ciężko ranny.
Po zawarciu rozejmu w Pleischwitz cesarz wyjechał do
Drezna, a szwoleżerów rozkwaterowano w Saksonii i na Śląsku.
Utrwalił się wówczas podział pułku na dwa regimenty. Sześć
kompanii pod Dautancourtem i Radziwiłłem, które włączono
do dywizji gwardii generała Walthera, operowało w pobliżu
cesarza i odpowiadało za jego eskortę. Osiem kompanii
pod Krasińskim i Kozietulskim włączono do 2. dywizji jazdy
gwardii generała Lefebvre-Desnouettes'a.
W połowie sierpnia skończył się rozejm i wojska napoleońskie
skierowały się na Śląsk, by wkrótce, wobec ruchów wojsk
sprzymierzonych, zrobić nagły zwrot i ruszyć ku Dreznu.
Tutaj 27 sierpnia 1813 r. cesarz rozgromił siły koalicyjne.
Zwycięstwo było tak przekonujące, że zdawała się koalicya
trzech dworów, co podzieliły Polskę, pokonaną...,
lecz były to prognozy przedwczesne. Bitwę pod Dreznem
pułk szwoleżerów okupił znacznymi stratami. Porucznicy
Stradomski i Julian Krasiński polegli, kapitan Kraszewski
był ranny śmiertelnie i umarł wkrótce w Dreźnie. Zginęło
20 szwoleżerów, a dalszych 30 odniosło rany. Pod Kozietulskim,
jak niegdyś pod Somosierrą, zabito konia.
Po bitwie szwadrony Krasińskiego i Kozietulskiego skierowano
w okolice Lipska, gdzie zwalczały saskie wojska generała
Thielmanna, który przeszedł na stronę koalicji i kozaków
Płatowa. Pod koniec września pod Altenburgiem Kozietulski
znów stracił wierzchowca. Pech musiał go prześladować,
bo stało się to na skutek jedynego wystrzału armatniego
przeciwnika.
W słynnej bitwie lipskiej - jak pisze Marian Kujawski
- szwoleżerowie bili się na wielu punktach linii, bądź
to szarżując na kawalerię nieprzyjacielską, głównie kirasjerów
austriackich, bądź stojąc pod ogniem jako osłona artylerii.
Bił się pod Lipskiem Kozietulski, jednak niewiele wiemy
o jego udziale w walce. W "bitwie narodów" Napoleon
oszczędzał swoich szwoleżerów, bo - jak ocenia Andrzej
Nieuważny - klęska tak straszna dla reszty polskich wojsk
nie wstrząsnęła elitarnym pułkiem. Podczas gdy polscy
lekkokonni osłaniali odwrót armii po klęsce lipskiej,
oficerowie polscy spoza gwardii obradowali co należy uczynić
po śmierci naczelnego wodza ks. Poniatowskiego. Wielu
z oficerów optowało odstępstwo od Napoleona, ale wobec
naporu sił sprzymierzonych dyskusje odłożono na później.
Takie dylematy raczej obce były szwoleżerom z gwardii
cesarskiej. Mimo, że po Lipsku zdarzały się dezercje wśród
szeregowych, to kadra oficerska nie miała wątpliwości
jaką opcję wybrać. Nikt nie miał zamiaru iść drogą Chłapowskiego,
który wziął dymisję po zawarciu rozejmu w Pleischwitz.
Kilkanaście dni później pod Hanau szwoleżerowie przebili
się przez wojska bawarsko-austriackie. Chorągiewki od
lanc tak mieliśmy zakrwawione - napisał Załuski - że je
musiałem kazać w Menie płukać. W bitwie pod Hanau ciężko
ranny został towarzysz Kozietulskiego z czasów odwrotu
z Rosji Dominik Radziwiłł. Zmarł z ran niedługo później.
W następnych dniach oba regimenty pułku gromadziły się
z wolna w Moguncji. Po przejściu Renu wyznaczono dla szwoleżerów
leża w Lauterecken w nadreńskim departamencie Mont-Tonnerre.
Zasługi szwoleżerów z okresu kampanii niemieckiej spotkały
się z uznaniem w oczach cesarza. Posypały się awanse i
odznaczenia. Kozietulski, jako pierwszy spośród Polaków
otrzymał Ordre Impérial de la Réunion, czyli Order Zjednoczenia,
ustanowiony z okazji wcielenia Holandii do Cesarstwa.
Początkiem grudnia 1813 r., dowódca pułku Wincenty Krasiński,
pisał z Paryża do Kozietulskiego gratulując mu kolejnego
odznaczenia i przy okazji wspomniał: Formuję pułk zwiadowców
gwardii (éclaireurs de la Garde) w sile 1000 ludzi. Czytając
te słowa, dzielny szwoleżer zapewne nie przypuszczał,
że wkrótce stanie na czele owego pułku. Tymczasem jednak
nadszedł rozkaz, by wszystkie szwadrony bojowe szwoleżerów
poprowadził do Belgii i Holandii, które zostały zagrożone
inwazją sił sprzymierzonych. Kilka tygodni później lekkokonnych
wezwano z powrotem do Francji i w okolicach St. Dizier
szwadrony Kozietulskiego połączyły się z siłami, które
przyprowadził Krasiński. Szwoleżerowie ponownie ruszali
do boju, ale Kozietulski otrzymał rozkaz z nowym przydziałem
służbowym: Do Pana Pułkownika-Majora Kozietulskiego
- pisał Krasiński - Po otrzymaniu niniejszego rozkazu
uda się pan do Chantilly, aby objąć dowództwo nad 3-cim
Pułkiem Eklererów (zwiadowców), który się formuje w tym
mieście. W miarę formowania będzie pan wysyłał do Armii
gotowe kompanie.
Napoleon zamierzał już dużo wcześniej utworzyć pułki
lekkiej jazdy eklererów, czyli zwiadowców, które mogłyby
stanowić przeciwwagę wobec ruchliwych kozaków. Ostatecznie
postanowił utworzyć trzy takowe pułki wobec zbliżającej
się kampanii 1814 r. Miały one powstać przy pułku konnych
grenadierów, dragonów Cesarzowej i polskich szwoleżerów.
Każdy miał liczyć 1000 ludzi. Najbardziej interesujący
nas "polski" 3. pułk eklererów mieli utworzyć
podoficerowie i żołnierze nie mieszczący się czterech
szwadronach szwoleżerskich. Początkowe komendę nad 3.
pułkiem eklererów objął Wincenty Krasiński, ale niewdzięczne
działania związane z jego organizacją scedował wpierw
na Dautancourta, a w styczniu 1814 r. nominację dowódcy
pułku dał Kozietulskiemu.
Odtąd Kozietulski poświęcił swą sławę bojową na rzecz
organizacji i szkolenia eklererów w paryskich koszarach
Avé Maria. Mimo, że z założenia nowo formowany pułk miał
się składać przede wszystkim z polskich lekkokonnych,
to w praktyce Polacy są najwięcej z pułków pieszych
- pisał Adam Turno - a Francuzi zupełnie utracili
ochotę. I właśnie Francuzi stanowili największy kłopot
dla Kozietulskiego i kadry szwoleżerskiej oddelegowanej
do organizacji pułku. Co trzeci szeregowy polskiego pułku
był francuskim rekrutem z Młodej Gwardii, pobranym często
siłą do wojska, pozbawionym ducha bojowego i przywiązania
do Napoleona. Z takiego materiału bardzo trudno było stworzyć
jakiekolwiek wojsko, a co dopiero elitarnych zwiadowców.
Dodatkowo w koszarach pojawiały się często kłopoty z aprowizacją.
Brakowało nawet chleba.
Kozietulski robił co mógł, by zrobić ze swoich eklererów
jakie takie wojsko. Słał pisma do ministra wojny Henri
Clarke'a w sprawie zwiększenia racji żywnościowych i wypłaty
żołdu, używał znajomości, aby wymienić młodych i niedoświadczonych
Francuzów na polskich jeźdźców z korpusu Dąbrowskiego.
Wszystko na niewiele się jednak zdało. Mimo to wysyłał
kolejne szwadrony wyszkolonych eklererów na front. W czasie,
gdy jego wojsko biło się pod Reims i Arcis-sur-Aube, Kozietulski
wciąż przebywał w paryskich koszarach i szkolił kolejnych
rekrutów. Bywał wówczas u przebywającej w Paryżu Marii
Walewskiej, spotkał się ze starym przyjacielem Tomaszem
Łubieńskim, który już wówczas starał się o dymisję, opiekował
się rannym Ludwikiem Pacem, odwdzięczając się za czasy
kampanii hiszpańskiej.
Końcem marca 1814 r., gdy cesarz, a z nim Krasiński ze
szwoleżerami i eklererami znajdowali się w pobliżu Troyes,
sprzymierzeni zdecydowali się uderzyć na Paryż.
Dowództwo nad całą kawalerią gwardii z zakładów paryskich
objął wówczas generał-major Dautancourt. Niewielkie siły
Dautancourta składały się z grenadierów, Mameluków, strzelców
konnych i z polskich eklererów. Kozietulski wciąż pozostawał
w koszarach kończąc formowanie swojego ostatniego szwadronu
bojowego. Cały dzień (29 marca) i noc upłynęły w smutku
- pisał Dautancourt. - Każdy zadawał sobie pytanie:
gdzie jest Cesarz? Sama jego obecność wystarczyłaby do
obrony miasta. Następnego dnia Kozietulski przyprowadził
120 ludzi i dołączył do kawalerii dowodzonej przez Dautancourta.
Od tej chwili - pisał Marian Brandys - Jan Leon
Hipolit staje się jednym z najczynniejszych aktorów paryskiego
dramatu. Jest to jak gdyby końcowy odpowiednik jego pierwszego
heroicznego wyczynu - Somosierry. Dowodzi taką samą garstką
żołnierzy jak podczas sławnej szarży, walczy z nie mniejszą
niż wtedy brawurą, jego dzielność równie wiernie służy
francuskim aliantom. Tylko, że tym bojom nie przygląda
się już najdostojniejszy obserwator i nie zmienią one
już niczego w ogólnej sytuacji. Dlatego paryskie zasługi
Kozietulskiego nie mogą liczyć na rozgłos somosierski
i wkrótce utoną w niepamięci.
Kozietulski z eklererami wespół z Dautancourtem bronił
wzgórza Montmartre. Na nic się zdały heroiczne szarże,
przewaga sprzymierzonych była zbyt wielka. Paryż został
poddany.
Przeszliśmy Sekwanę mostem Austerlitz - wspominał
Dautancourt - Wszyscy byliśmy ponurzy, smutni, zamyśleni,
milczący. W momencie, gdy Kozietulski i Dautancourt
opuszczali z wojskiem Paryż, cesarz dotarł do Fontainebleau
i tutaj dowiedział się o oddaniu stolicy. W Fontainebleau
ostatecznie połączyły się pułki polskich gwardzistów.
Wszyscy szwoleżerowie i eklererzy znaleźli się pod wspólną
komendą generała Krasińskiego. Polacy byli dobrej myśli.
Liczyli, że wkrótce, prowadzeni przez samego cesarza,
ruszą z kontrofensywą na Paryż. Tymczasem nadeszła wiadomość
o zdradzie marszałka Marmonta, księcia Ragusy.
Dautancourt: Trudno byłoby odmalować żal i wściekłość,
jakie wybuchły wśród dzielnych, lojalnych Polaków na wieść
o ohydnej zdradzie Marmonta. Szwoleżerowie i eklererzy
natychmiast chwycili za broń, wszczął się ogólny tumult,
zamieszanie, krzyczano o zdradzie! Byli w takiej furii,
iż groziło, że rzucą się na Francuzów, zaczną masakrować,
zabijać, palić...
Dla polskich gwardzistów, którzy od lat nie odstępowali
Napoleona, były to hiobowe wieści. Ich świat się walił,
a docierające do nich wiadomości, zapowiadały rychłą abdykacje
cesarza.
Panie Generale Hrabio Krasiński! - pisał Napoleon
z Fontainebleau - Otrzyma Pan dekret skupiający pod
Pańskim dowództwem wszystkich Pańskich rodaków znajdujących
się w Armii. Pragnę, aby oświadczył Pan dzielnym Polakom,
że jestem zadowolony z ich dobrej i wiernej służby.
7 kwietnia 1814 r. szwoleżerowie i eklererzy po raz ostatni
odbyli rewię przed cesarzem. Mimo entuzjazmu Polaków Napoleon
był milczący i jakby nieobecny. Wkrótce, za radą cesarza,
emisariusze szwoleżerów zawieźli do cara Aleksandra list
z prośbą o przyjęcie honorowej kapitulacji.
Napoleon nie zapomniał o swych wiernych sojusznikach
i wymógł na sprzymierzonych w swym akcie abdykacji, by
wojska polskie wrócić mogły do kraju pod bronią, na świadectwo
ich honorowej służby.
W czasie, gdy zapadały rozstrzygnięcia polityczne dotyczące
przyszłości wojska polskiego grupa oficerów gwardii odbyła
symboliczne spotkanie. Kozietulski, Szeptycki, Skarżyński,
Madaliński, ja i jeszcze kilku oficerów - pisał Turno
- pojechali oddać nasze uszanowanie naczelnikowi Kościuszce,
który mieszkał w Berville [...] Ten starzec 68-letni,
wysokiego wzrostu, przyjął nas ze łzami i my pełne oczy
tych mieli. Każdego osobno o nazwisko pytał i całował,
a my go w ręce. Gdy mu Kozietulski pokazał pierścień,
który dał Madalińskiemu w 1794 r., a który miał na palcu
syn jego, rozpłakał się. [...] Odjechaliśmy szczęśliwi
żeśmy oblicze tego wielkiego i prawdziwego mogli widzieć
i ręce te ucałować, które ojczyznę naszą tak dzielnie
i nieszczęśliwie broniły.
Dwa tygodnie później, 24 kwietnia, na łąkach pod Saint-Denis
car Aleksander i wielki książę Konstanty odbyli przegląd
wojsk polskich. Szwoleżerowie stanęli na prawym ich skrzydle,
obok nich stał Kozietulski i jego eklererzy. Nie ruszył
wzorem Jerzmanowskiego na Elbę za cesarzem. Postanowił
wracać do kraju.
Końcem 1814 r. rozwiązano formacje szwoleżerów i eklererów.
Żegnając się ze swoim dowódcą generałem Krasińskim, korpus
oficerski obu pułków postanowił obdarować go pamiątkową
szablą. Uroczyście wręczył ją najstarszy oficer gwardii
pułkownik-major Kozietulski. Dawna gwardia cesarza Napoleona
przeszła na służbę rosyjską. W lutym 1815 r. sztandar
pułku szwoleżerów trafił do puławskiej Świątyni Sybilli,
a Krasiński pisał do żony: Już się stało, Jerozolima
zniszczona, już nie ma szwoleżerów.
W tym czasie Kozietulski był już w służbie liniowej.
20 stycznia 1815 r. otrzymał bowiem nominację na dowódcę
4. pułku ułanów, stacjonującego w rejonie Augustowa.
Niezwykle trudno opisać ówczesny stan jego psychiki.
Z "siarki" i "gorączki", jak często
mawiano o nim w dawnych czasach, stał się milczącym melancholikiem.
Odsunął się na bok, wolał pozostać z dala od warszawskich
intryg i hołdów składanych przez jego dawnych towarzyszy
nowym panom.
Mało on mówił i wpadał w częste zadumanie - wspominał
Kazimierz Wójcicki - Ulubioną jego przechadzką była
ścieżka po wałach zamkowych idąca, pod cieniem drzew gęstych.
Chodził samotny ze spuszczoną głową; tu go spotykałem
często, a gdym uchylał z uszanowaniem czapki, wdzięczny
mi ukłon oddawał.
Dusza napoleońska źle znosiła nowe porządki ustanawiane
w Królestwie Polskim. Kozietulski coraz bardziej podupadał
na zdrowiu, a ostateczne ciosy wycieńczonemu wieloletnimi
bojami organizmowi, zadały oskarżenia o malwersacje finansowe
w pułku.
Honor pułkownika - konstatuje Andrzej Nieuważny
- wyjdzie z nich bez szwanku, zdrowie nie. Umarł
zgnębiony 3 lutego 1821 r., trzy miesiące przed swoim
cesarzem.
Warszawa uczciła Kozietulskiego uroczystym pogrzebem.
Jak wspomina ówczesny reporter - cała prawie ludność
stolicy towarzyszyła zwłokom dzielnego szwoleżera w ostatniej
drodze, która wiodła z Warszawy do Belska pod Grójcem,
gdzie spoczęły ostatecznie w krypcie grobowej tamtejszej
świątyni. Z lewej strony nawy głównej kościoła parafialnego,
pośród tablic poświęconych rodowi Walickich, zwraca uwagę
epitafium z czarnego marmuru poświęcone naszemu bohaterowi.
Na tablicy napis:
Ś. + P.
JANA KOZIETULSKIEGO
PUŁKOWNIKA WOJSK POLSKICH
4/6 1781 + 3/2 1821

Kliknij
aby powiększyć
Tablica epitafijna Jana Kozietulskiego w Belsku
Fot. Jan W. Kowalik

Kliknij
aby powiększyć
Epitafium Kozietulskiego w otoczeniu tablic rodziny
Walickich
Fot. Jan W. Kowalik

Kliknij
aby powiększyć
Kościół w Belsku, gdzie spoczywają prochy Kozietulskiego
Fot. Jan W. Kowalik
Nie tylko w miejscu, gdzie spoczywają jego prochy odnajdujemy
pamiątki po Kozietulskim. W 1931 r. mieszkańcy Skierniewic
- miasta, w którym przyszedł na świat - postanowili uczcić
bohatera spod Somosierry tablicą pamiątkową. Wolnostojąca,
obmurowana tablica stanęła u zbiegu ulic Kozietulskiego
i Piłsudskiego. Na niej lanca, szwoleżerska czapka i napis:
W rocznicę 150
urodzin
Jana Kozietulskiego
bohatera Somo Sierry
Mieszkańcy Skierniewic
4 VII 1781
1931
W 1945 r. tablica została poważnie uszkodzona przez czołg,
a jej pozostałości trafiły do Izby Historii Skierniewic.
W 1971 r. z inicjatywy Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Skierniewickiej
postawiono nowy, symboliczny pomnik, który stoi do dnia
dzisiejszego. W skromny pomnik w kształcie prostopadłościanu
wetknięto trzy metalowe pręty, które prawdopodobnie mają
symbolizować lance. Na pomniku napis:
Janowi Kozietulskiemu - miasto rodzinne
1971
Na jednej z bocznych ścian umieszczono replikę zniszczonej
w 1945 r. tablicy.
Warto dodać, że skierniewiczanie do dziś pamiętają o
swoim bohaterze. Z okazji 200 rocznicy bitwy pod Somosierrą,
28 listopada 2008 r., w mieście odbyły się uroczystości,
poświęcone Kozietulskiemu. Rozpoczęła je uroczysta msza
święta celebrowana przez ks. Mirosława Nowosielskiego.
Następnie dr Stefan Pietkiewicz wygłosił wykład "Jan
Kozietulski, zwycięzca w wąwozie Somosierra i potencjalny
wódz Powstania Listopadowego". Władze miasta i przedstawiciele
Towarzystwa Przyjaciół Skierniewic złożyli kwiaty i rozpalili
znicze pod wspomnianym pomnikiem Kozietulskiego oraz na
grobie rodziny Kozietulskich na cmentarzu św. Rocha.

Kliknij
aby powiększyć
Symboliczny pomnik Kozietulskiego w Skierniewicach
Fot. Szymon Nowak

Kliknij
aby powiększyć
Napis okolicznościowy z okazji wystawienia pomnika
Fot. Szymon Nowak

Kliknij
aby powiększyć
Tablica z 1931 r.
Fot. Szymon Nowak
Inny, zdecydowanie najokazalszy i najpiękniejszy pomnik
Jana Kozietulskiego, odnajdujemy w Suwałkach. Dziś podziwiać
go można przed budynkiem tamtejszego Muzeum Okręgowego,
choć jeszcze niedawno stał w zupełnie innym mieście i
przedstawiał zupełnie kogoś innego. Opowiedzmy więc jego
historię, bo jest naprawdę fascynująca.

Kliknij
aby powiększyć
Uroczystość odsłonięcia pomnika Jana Kozietulskiego przez
Prezydenta Ignacego Mościckiego
Źródło: www.suwalki.com
Pomnik Jana Kozietulskiego został odsłonięty 2 lipca
1930 r. przez Prezydenta Ignacego Mościckiego na terenie
koszar 3. Pułku Szwoleżerów Mazowieckich przy ul. Sejneńskiej
w Suwałkach. Uroczystość związana była z obchodami 10-lecia
powstania pułku, który od początku swego istnienia wziął
słynnego szwoleżera za swego patrona. Jakże cudowna
była ta chwila - pisano na łamach "Żołnierza Polskiego"
- gdy symbol wielkiej dzisiejszej Rzeczpospolitej, pan
Prezydent, stał przed symbolem naszej rycerskiej tradycji,
zakutej w brąz popiersia płk. Jana Hipolita Kozietulskiego!
Pomnik usytuowano na wprost bramy głównej pułkowych koszar.
Na wysokim cokole ustawiono popiersie Kozietulskiego w
mundurze galowym oficera szwoleżerów, z przerzuconą wzorem
ks. Poniatowskiego przez ramię burką. Rzeźba została wykonana
na podstawie portretu Kozietulskiego nieznanego autora,
znajdującego się w zbiorach księżnej Tadeuszowej Lubomirskiej
w Warszawie. Autorem rzeźby był ceniony artysta rzeźbiarz
Stanisław Jackowski, a odlew wykonano 21 czerwca 1930
roku w Zbrojowni Warszawskiej.
Cokół ozdobił napis:
SZEFOWI SWEMU
J.H.
KOZIETULSKIEMU
BOHATEROWI SOMO-SIERRY
3 PUŁK SZWOLEŻERÓW
MAZOWIECKICH.
Od tej pory przy pomniku odbywały się najważniejsze pułkowe
święta, a okolicznościowe fotografie z wizerunkiem patrona
w tle stały się obowiązkową pamiątką czasów służby w szwoleżerskich
szeregach.
Pomnik zdobił szwoleżerskie koszary blisko 10 lat. Po
wybuchu II wojny światowej suwalscy szwoleżerowie otrzymali
rozkaz wymarszu do Zambrowa, by wesprzeć siły broniące
linii Narwi. Wówczas to dowódca pułku płk Edward Milewski
zanotował: Zdejmujemy z cokołu pomnik brązowy szefa
pułku płk. Kozietulskiego i zakopujemy w ziemi. Z
powodu nadmiernego ciężaru nie było mowy o zabraniu go
z nadwyżkami. Odtąd, na wiele lat, słuch po pomniku zaginął.
Próby jego odnalezienia podejmowali dawni szwoleżerowie,
Służba Ochrony Zabytków oraz eksploratorzy i poszukiwacze
militariów. Wszystkie zakończyły się fiaskiem. Dopiero
pod koniec lat 80-tych XX w., po wielu apelach prasowych,
częściowo odkryto tajemnicę zaginionego pomnika. Jeden
z dawnych szwoleżerów - Wacław Gudajtys - opowiedział,
że w marcu 1940 r. popiersie Kozietulskiego odnaleźli
Niemcy i po wykopaniu go... Przyjechał samochód. Po
dwóch balach wtoczono Pułkownika "na pakę" i
odwieziono w kierunku miasta...
Nie wiadomo, czy znalezisko było przypadkowe, czy ktoś
zdradził Niemcom miejsce, gdzie pomnik ukryto. Możliwe,
że oficer kontraktowy narodowości ukraińskiej, mjr Piotr
Diaczenko, który służył w pułku szwoleżerów, a jednocześnie
współpracował z Abwehrą, mógł wskazać, gdzie należy kopać,
ale przypuszczenie to, opiera się wyłącznie o poszlaki.
Jak wiele podobnych obiektów, brązowe popiersie Kozietulskiego
wywieziono w głąb Niemiec. W 1949 r. odnalazła je, działająca
w regionie Schlezwig Holstein i Hamburga, "Misja
Rad Salzuflen" Biura Rewindykacji i Odszkodowań Wojennych,
wraz z kilkunastoma innymi rzeźbami i wyrobami z brązu
w składach Norddeutsche Affinerie i Zinkwerke w Hamburgu.
Pech chciał, że sporządzający specyfikację transportu
przed wysyłką obiektów do Polski ppor. Kolendo, błędnie
zakwalifikował znalezisko nadając mu miano... "Biust
księcia Józefa". I tak Kozietulski vel Poniatowski
trafił wpierw do składów firmy C. Hartwig w Warszawie,
a następnie do magazynów Muzeum Narodowego, znajdujących
się w ujeżdżalni przy pałacu w Wilanowie. Odsłonięte w
Suwałkach w 1930 roku popiersie patrona 3. Pułku Szwoleżerów
przeleżało w magazynie Muzeum Narodowego do 1988 r. jako
wizerunek księcia Józefa, a następnie przekazano je do
warszawskich Łazienek, gdzie stanęło na skromnym cokole
w pobliżu pałacu Myślewickiego. Dopiero wówczas właściwej
interpretacji rzeźby dokonała kustosz Hanna Kotkowska-Bareja.
W 2000 r. o swą historyczną pamiątkę upomnieli się suwalscy
muzealnicy. Przy okazji przygotowań do wystawy poświęconej
3. Pułkowi Szwoleżerów Mazowieckich rozpoczęto starania
o przywrócenie Kozietulskiego Suwałkom. Po długich negocjacjach
pomiędzy muzeami i przeprowadzeniu koniecznych prac konserwatorskich
popiersie patrona szwoleżerów wpierw wzbogaciło czasową
ekspozycję, a następnie, w maju 2002 r., przed budynkiem
Muzeum Okręgowego w Suwałkach odbyła się uroczystość powtórnego
jego odsłonięcia.

Popiersie Jana Kozietulskiego przed
budynkiem Muzeum Okręgowego w Suwałkach
Źródło: www.muzeum.suwalki.info

Kliknij
aby powiększyć
Replika popiersia w warszawskich Łazienkach
Fot. Waldemar Karczmarczyk

Kliknij
aby powiększyć
Alejka, gdzie stoi replika pomnika
Fot. Waldemar Karczmarczyk

Kliknij
aby powiększyć
Podpis Stanisława Jackowskiego
Fot. Waldemar Karczmarczyk

Kliknij
aby powiększyć
Pałac Myślewicki
Fot. Waldemar Karczmarczyk
Ma i Warszawa swojego Kozietulskiego. W miejsce oryginału
postawiono w Łazienkach współczesny odlew z brązu wzorowany
na rzeźbie Jackowskiego.
Cóż jeszcze pozostało po dzielnym szwoleżerze? Mundur
jego, przebity kozacką piką pod Horodnią można oglądać
w Muzeum Wojska Polskiego. Niesławna "kozietulszczyzna",
którym to pojęciem określono w drugiej połowie poprzedniego
wieku bezsensowną bohaterszczyznę jako naszą cechę narodową,
niestety do dziś pokutuje w umysłach wielu Polaków. Jest
też piękna monografia autorstwa Mariana Brandysa Kozietulski
i inni, która stanowi swoisty hołd jego pamięci.
Literatura i źródła
Bielecki R., Tyszka A., Dał nam przykład Bonaparte, Kraków
1984.
Bielecki R., Somosierra, Warszawa 1989.
Bielecki R., Szwoleżerowie Gwardii, Warszawa 1996.
Brandys M., Kozietulski i inni, t. 1-2, Warszawa 1967.
Chłapowski D., Pamiętniki, Poznań 1899.
Dunin-Wilczyński Z., Somosierra, Warszawa 2008.
Gruszecki A., W stuletnią rocznicę Somo-Sierry, Katowice
1910.
Hempel S., Z czasów napoleońskich. Wspomnienia wojenne...
b. Kapitana pułku Gwardji ułanów polskich Napoleona I,
Lwów 1885.
Kujawski M., Z bojów polskich w wojnach napoleońskich,
Londyn 1967.
Kujawski M., Wojska Francji w wojnach rewolucji i cesarstwa
1789-1815, Warszawa - Londyn 2007.
Łoza S., Legia Honorowa w Polsce (1803-1923), Zamość 1923.
Łubieński T., Krótki opis bitwy pod Somo-Sierra, [w:]
Tygodnik "Wanda" 1821, t. 4.
Łubieński R., Gen. Tomasz Pomian hr. Łubieński, t. 1-2,
Warszawa 1899.
Niegolewski A., Somosierra, Poznań 1854.
Nieuważny A., Morawski R., Wojsko Polskie w służbie Napoleona.
Gwardia, Warszawa 2008.
Płaczkowski W., Pamiętniki, Żytomierz 1861.
Rembowski A., Źródła do historii polskiego pułku lekkokonnego
gwardii Napoleona I, Warszawa 1899.
Skłodowski K., Popiersie patrona 3. Pułku Szwoleżerów
Mazowieckich [w:] Rocznik Augustowsko-Suwalski, t. 2,
Suwałki 2002.
Stężycki-Rola A., Fatalna pomyłka [w:] "Okolica"
nr 11(19) 2001 i nr 12(20), 2001.
Stężycki-Rola A., Baron Cesarstwa Francuskiego [w:] "Okolica"
nr 2(34), 2003.
Turno A., Z pamiętnika... [w:] Skałkowski A., Fragmenty,
Poznań 1928.
"Tygodnik Ilustrowany" 1861 nr 96.
Wojtylak M., Mniej sławni łowiczanie. Łowiczanin Kozietulski
[w:] "Masovia Mater", 1997, nr 4.
Wójcicki K. W., Cmentarz Powązkowski, Warszawa 1856.
Załuski J., Wspomnienia, Kraków 1976.
Ziółkowski A., Pierwszy Pułk Szwoleżerów Gwardii Cesarskiej
1807-1815, Pruszków 1996.
Wlodzimierz Nabywaniec
Jeszcze raz dziękujemy autorowi za zgodę na udostępnienie
tekstu i zapraszamy do serwisu http://napoleon.gery.pl/
|